Paullina Simons - Ogród Letni

Préparation du document



PAULLINA SIMONS
OGRÓD LETNI
Nad rzekami Babilonu -
Tam myśmy siedzieli i płakali,
Kiedyśmy wspominali Syjon.
Na topolach tamtej krainy
Zawiesiliśmy nasze harfy.
Bo tam żądali od nas
Pieśni ci, którzy nas uprowadzili,
pieśni radości ci, którzy nas uciskali:
„Zaśpiewajcie nam
Jakąś z pieśni syjońskich!”
Jakże możemy śpiewać
Pieśń Pańską
W obcej krainie?
Księga Psalmów, Psalm 137 * 1
1 ∗ Wszystkie cytaty z Biblii za Biblią Tysiąclecia.
KSIĘGA I
KRAINA ŁUBINÓW I LOTOSÓW
Lotosy kwitną pod nagim szczytem
Lotosy kwitną przy wijącym się strumyku...
Złożonej przysięgi dotrzymajmy zgodnie,
Żyć będziemy i odpoczywać w pustej lotosów krainie
Na wzgórzach niczym bogowie, o innych nie dbając
Alfred Tennyson
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Deer Isle, 1946
Skorupa - twarda osłona rogowa, kostna, chitynowa lub inna okrywająca ciało
niektórych zwierząt, np. homarów.
Pewnego dnia tuż przed zachodem słońca w Stonington w stanie Maine, po
zakończeniu gorącej wojny i na początku zimnej, młoda kobieta ubrana na biało, pozornie
spokojna, lecz z drżącymi dłońmi, siedziała na ławce przy porcie i jadła lody.
Obok niej siedział mały chłopczyk. Też jadł lody, czekoladowe. Gawędzili beztrosko;
lody topiły się bardzo szybko i matka nie nadążała z lizaniem. Śpiewała chłopcu rosyjską
piosenkę Świeć moja gwiazdo i próbowała uczyć go słów, a on przekomarzał się z nią,
przestawiając wersy. Patrzyli na powracające do portu kutry łowiące homary. Kobieta
zwykle wcześniej słyszała krzyk mew, a dopiero potem dostrzegała łodzie.
Lekki wietrzyk zakołysał włosami kobiety. Kilka pasemek wymknęło się z długiego,
grubego warkocza i opadło na ramiona. Kobieta była jasnowłosa, miała jasną, niemal
przezroczystą skórę, przejrzyste oczy i piegi. Opalony chłopczyk miał czarne włosy i oczy, i
pulchne nóżki kilkulatka.
Wydawało się, że siedzą bez celu, lecz było to tylko złudzenie. Kobieta uporczywie
wpatrywała się w łodzie rysujące się na błękitnym horyzoncie. Spoglądała na chłopca, na
lody, lecz wciąż wracała spojrzeniem na zatokę, jakby miała jej serdecznie dość. Tatiana
pragnie zachłysnąć się teraźniejszością, bo chce uwierzyć, że przeszłość nie istnieje, że liczy
się tylko ta chwila na Deer Isle - jednej z wysp rozciągających się u centralnego wybrzeża
Maine, połączonych z kontynentem promem lub trzystumetrowym wiszącym mostem, który
przejechali swoim używanym samochodem marki Schult Nomad Deluxe. Przejechali przez
Zatokę Penobscot i skierowali się dalej na południe, aż na kraniec świata, do Stonington,
niewielkiego białego miasteczka, które przycupnęło w dolinie na samym koniuszku Deer
Isle. Tatiana - rozpaczliwie próbując żyć tylko w teraźniejszości - uważa, że nie ma nic
piękniejszego ani spokojniejszego od tych białych drewnianych domów zbudowanych na
zboczach nad wąskimi drogami, z oknami wychodzącymi na pomarszczone wody zatoki,
które ogląda dzień za dniem. To jest spokój. To jest teraźniejszość. Zupełnie jakby nie
istniało nic innego.
Jednak od czasu do czasu, kiedy mewy unoszą się z krzykiem w niebo, coś ten spokój
zakłóca, nawet na Deer Isle.
Tamtego popołudnia, kiedy Tatiana i Anthony wyszli z domu nad zatokę, usłyszeli
podniesione głosy w domu obok.
Mieszkały tam dwie kobiety: matka i córka. Jedna miała czterdzieści lat, druga
dwadzieścia.
- Znów się kłócą - powiedział Anthony. - Wy z tatą nigdy się nie kłócicie. Kłócić się!
Jakże tego pragnęła. Aleksander nigdy nie podnosił głosu nawet o pół tonu. Jeśli w ogóle się
do niej odzywał, robił to przyciszonym, głębokim głosem, zupełnie jakby naśladował
sympatycznego, pogodnego doktora Edwarda Ludlowa, który kochał się w niej w Nowym
Jorku - statecznego, rozsądnego Edwarda, lekarza w każdym calu. Aleksander też próbował
zachowywać się jak lekarz przy łóżku pacjenta.
Kłótnia wymaga zainteresowania drugą osobą i jej poczynaniami. W domu obok
matka i córka wrzeszczały na siebie przy szeroko otwartych oknach. Dobre wieści: ich mąż i
ojciec, pułkownik, właśnie wrócił z wojny. Złe wieści: ich mąż i ojciec, pułkownik, właśnie
wrócił z wojny. Czekały na niego od dnia, gdy w 1942 roku wyruszył do Anglii. A teraz znów
jest z nimi.
On też nie brał udziału w kłótni. Kiedy Tatiana i Anthony wyszli na ulicę, zobaczyli go
w wózku inwalidzkim na porośniętym chwastami podwórku. Siedział na słońcu niczym
krzak, tymczasem jego żona i córka wrzeszczały jak opętane. Kiedy zbliżyli się do podwórka,
zwolnili.
- Mamo, co mu jest? - szepnął Anthony.
- Został ranny na wojnie. Nie miał nóg ani rąk - został tylko korpus z kikutami
kończyn i głową.
- Czy potrafi mówić? - Mijali właśnie furtkę sąsiedniego domu.
- Potrafi, ale nie chce - powiedział nagle mężczyzna donośnym głosem,
przyzwyczajonym do wydawania rozkazów.
Anthony i Tatiana zatrzymali się i przez kilka chwil przyglądali się mężczyźnie.
Wreszcie Tatiana otworzyła furtkę i weszli do środka. Mężczyzna był przechylony na bok jak
zbyt ciężki worek. Zaokrąglone kikuty rąk zwisały do nieistniejących łokci. Po nogach nie
było śladu.
- Pomogę panu - Tatiana wyprostowała go, poprawiając podtrzymujące poduszki za
plecami. - Lepiej?
- Ech - rzucił mężczyzna. - Nieważne. - Spojrzał na nią małymi niebieskimi oczami. -
Wie pani, na co miałbym ochotę?
- Na co?
- Na papierosa. Nie palę już, bo nie mogę go podnieść do ust. A one... - Skinął głową
w stronę domu. - Prędzej zachrypną niż mi go dadzą.
Tatiana skinęła głową.
- Mam w domu papierosy. Zaraz wrócę. Mężczyzna odwrócił się w stronę zatoki.
- Nie wróci pani.
- Wrócę. Anthony, usiądź tu obok pana. Mamusia zaraz wróci. Anthony był wyraźnie
zadowolony. Tatiana podniosła go i posadziła na wózku.
- Możesz trzymać pana za szyję.
- Jak się pan nazywa? - spytał malec, gdy pobiegła po papierosy.
- Pułkownik Nicholas Moore. Ale możesz do mnie mówić Nick.
- Byłeś na wojnie?
- Byłem.
- Mój tato też był.
- Och - westchnął mężczyzna. - Wrócił?
- Tak. Po chwili zjawiła się Tatiana z papierosami. Zapaliła jednego i trzymała go przy
ustach Nicka, który zaciągał się głęboko, jakby pragnął, by dym doszedł nie tylko do płuc, ale
znacznie głębiej. Anthony patrzył jak mężczyzna z ulgą zaciąga się dymem i wypuszcza go
niechętnie, jakby nie chciał się rozstać z nikotyną. Pułkownik wypalił dwa papierosy jeden
po drugim. Tatiana stała pochylona, przytrzymując je przy jego ustach.
- Mój tato był majorem, ale teraz łowi homary - powiedział Anthony.
- Kapitanem, synku - poprawiła go Tatiana.
- Mój tato był majorem i kapitanem. Kupimy sobie lody, kiedy będziemy na niego
czekać w porcie. Ma pan ochotę na lody?
- Nie. - Nick oparł głowę o ciemne włosy chłopca. - Ale to był najszczęśliwszy
kwadrans, jaki przeżyłem od osiemnastu miesięcy. W tym momencie z domu wypadła jego
żona.
- Co pani wyprawia z moim mężem? - krzyknęła. Tatiana chwyciła Anthony'ego.
- Wrócę jutro - powiedziała szybko.
- Nie wróci pani - mruknął Nick, patrząc za nią. A teraz siedzieli na ławce i jedli lody.
Nagle w oddali rozległ się krzyk mew.
- Jest tatuś - powiedziała Tatiana bez tchu. Nadpływająca łódź była sześciometrowym
kutrem z żaglem, mimo że większość łodzi rybackich napędzały silniki. Należała do
Jimmy'ego Schustera, który odziedziczył ją po swoim ojcu. Jimmy bardzo ją lubił, bo mógł
sam wypływać na połów homarów - nazywał to swoją jednoosobową firmą. Jednak kiedyś
zaplątał sobie rękę w linę, która wyciąga z wody ciężkie pułapki na homary. Aby się uwolnić,
musiał odciąć dłoń w nadgarstku, co ocaliło mu życie - a jego samego od wojny - ale teraz
potrzebował pomocników do ciężkich prac. Problem polegał na tym, że wszyscy ewentualni
kandydaci przez ostatnie cztery lata byli w lesie Hurtgen lub na wyspie Iwo Jima.
Dziesięć dni temu Jimmy znalazł jednak pomocnika. Dziś skrył się w kokpicie na
rufie, a wysoki pomocnik w pomarańczowym kombinezonie i wysokich czarnych gumiakach
stał wyprostowany na pokładzie i wpatrywał się w brzeg.
Tatiana, w białej bawełnianej sukience, podniosła się z ławki i kiedy łódź zbliżyła się,
zamachała rękami. Aleksandrze, jestem tutaj, tutaj, wołała bez słów.
Kiedy zbliżył się na tyle, by ją zobaczyć, uniósł rękę.
Zacumowali łódź w doku kupujących i otworzyli klapy zbiorników. Wysoki mężczyzna
zeskoczył z pokładu i powiedział, że zaraz wróci, by wyładować homary i wyczyścić łódź.
Szybko opłukał ręce pod pompą i podszedł do ławki, gdzie siedziała kobieta z chłopcem.
Malec podbiegł do niego.
- Cześć - powiedział i stanął nieśmiało.
- Cześć, kolego. - Mężczyzna nie mógł zmierzwić mu włosów; ręce były nadal brudne.
Pod pomarańczowym gumowym kombinezonem miał ciemnozielone wojskowe
spodnie i zieloną wojskową koszulkę z długimi rękawami, pokryte potem, łuskami ryb i
słoną wodą. Czarne włosy były krótko po wojskowemu ostrzyżone, a na wychudzonej,
spoconej twarzy widniał ciemny popołudniowy zarost.
Podszedł do ubranej na biało kobiety, która siedziała na ławce. Podniosła oczy, by go
powitać - trwało to długą chwilę, gdyż był bardzo wysoki.
- Cześć - wyszeptała. Przestała jeść lody.
- Cześć - odparł. Nie dotknął jej. - Lody ci się topią.
- Wiem. - Oblizała wafelek, próbując zatrzymać waniliową strugę. Nie spuszczał z niej
wzroku. - Jakoś nigdy nie mogę skończyć, zanim zaczną się topić - mruknęła, wstając. -
Chcesz zjeść resztę?
- Nie, dziękuję. Polizała jeszcze kilka razy i wrzuciła resztę do kosza na śmieci.
Mężczyzna wskazał jej usta. Oblizała wargi.
- Lepiej? Nie odpowiedział.
- Dziś znów będziemy jedli homary?
- Oczywiście - odparła. - Co tylko zechcesz.
- Muszę jeszcze wrócić i skończyć pracę.
- Jasne. Chcesz, żebyśmy z tobą poszli i poczekali?
- Chcę pomóc - powiedział Anthony. Tatiana pokręciła głową. Potem nie zdoła zmyć z
chłopca zapachu ryb.
- Jesteś taki czysty - zwrócił się do niego Aleksander. - Zostań tutaj z mamą. Szybko
skończę.
- Ale chcę ci pomóc.
- No to chodź, może coś dla ciebie znajdziemy.
- Żeby tylko nie dotykał ryb - mruknęła Tatiana. Nie przejmowała się wcale pracą
Aleksandra jako poławiacza homarów. Kiedy wracał do domu, śmierdział rybami.
Śmierdziało nimi wszystko, czego dotknął. Kilka dni temu, kiedy wspomniała o tym w
żartach, powiedział bez cienia żartu w głosie:
- W Łazariewie nigdy nie narzekałaś, kiedy łowiłem ryby. Musiała wyglądać na bardzo
zmartwioną jego słowami, bo dodał szybko:
- W Stonington nie ma dla mężczyzn innej pracy. Jeśli chcesz, żebym pachniał
inaczej, musimy pojechać gdzie indziej.
Ale ona nie chciała się nigdzie ruszać. Dopiero co tu przyjechali.
- A co do tej drugiej rzeczy... - powiedział. - Nie będę już o tym wspominał.
Dobrze, nie wspominaj o Łazariewie, o chwilach spędzonych blisko morza o krok od
wieczności. Ale to było wtedy - w starym kraju spływającym krwią. A Stonington z ciepłymi
dniami i chłodnymi nocami, bezmiarem słonej wody, niebem usianym barankami i z
fioletowymi łubinami odbijającymi się od wody zatoki - to było więcej niż kiedykolwiek
prosili. To było więcej niż kiedykolwiek myśleli, że będą mieć.
Jimmy kiwał na Aleksandra sprawną ręką.
- Jak ci dziś poszło? - spytała Tatiana, próbując nawiązać rozmowę, gdy szli w stronę
doku. Aleksander miał na sobie wielkie gumowe buty. Czuła się straszliwie mała, kiedy tak
dreptała, przytłoczona jego wielką sylwetką. - Połów był dobry?
- W porządku - odparł. - Większość homarów była zbyt mała i musieliśmy je
wypuścić. Złapaliśmy też sporo ciężarnych samic. One też wróciły do morza.
- Nie lubisz ciężarnych samic - przysunęła się bliżej i podniosła wzrok. Zamrugał
lekko powiekami i odsunął się.
- Są niezłe, ale muszą wrócić do wody, żeby młode mogły przeżyć. Nie przysuwaj się
tak bardzo, jestem cały brudny. Anthony, nie policzyliśmy jeszcze homarów. Pomożesz mi?
Jimmy bardzo lubił chłopca.
- Chodź tutaj, kolego! Chcesz zobaczyć, ile homarów złowił dziś twój tato? Mamy
chyba z setkę, to jego najlepszy wynik do tej pory.
Tatiana spojrzała na Aleksandra. Wzruszył ramionami.
- Kiedy łapiemy dwanaście homarów w jedną pułapkę i dziesięć musimy wypuścić,
wcale nie uważam tego za dobry połów.
- Dwa dobre w jednej pułapce to wspaniały wynik, Aleksandrze - powiedział Jimmy. -
Nie przejmuj się, w mig to złapiesz. Chodź, Anthony, zajrzyj do zbiornika. Trzymając się w
bezpiecznej odległości, Anthony zajrzał do zbiornika, w którym homary - oznaczone i
zmierzone - pełzały jeden na drugim. Powiedział matce, że wcale nie boi się ich szczypiec.
Zwłaszcza po tym, co powiedział mu ojciec:
- To kanibale, Ant. Musimy związywać im szczypce, bo inaczej pożarłyby się
nawzajem w zbiorniku.
- Już je policzyliście? - spytał Anthony lekko łamiącym się głosem. Aleksander
pokręcił głową.
- Nie, nie - odezwał się Jimmy. - Byłem zajęty spłukiwaniem łodzi. Rzuciłem tak tylko
w przybliżeniu. Chcesz je policzyć?
- Umiem liczyć tylko do dwudziestu siedmiu.
- Pomogę ci. - Aleksander wyjmował homary jednego po drugim, pozwalając
Anthony'emu liczyć, za każdym razem do dziesięciu, po czym bardzo ostrożnie, by nie
połamać szczypiec, włożył je do dużego plastikowego pojemnika.
- Sto dwa - powiedział na koniec Aleksander.
- Widzisz? - ucieszył się Jimmy. - Cztery dla ciebie, Anthony. Dla mnie zostaje
dziewięćdziesiąt osiem. I wszystkie są idealne, duże, mają dwanaście centymetrów w
obwodzie. Dostaniemy po siedemdziesiąt pięć centów za sztukę. Dzięki twojemu tacie
zarobię dziś prawie siedemdziesiąt pięć dolarów. Tak - dodał - dzięki twojemu tacie mogę
wreszcie przyzwoicie zarabiać. - Spojrzał na Tatianę, stojącą w przyzwoitej odległości od
brudnej łodzi. Uśmiechnęła się uprzejmie; Jimmy skinął głową, lecz nie odpowiedział
uśmiechem.
Kiedy z targu rybnego, ze sklepu i restauracji aż z Bar Harbor zaczęli napływać
kupujący, Aleksander umył łódź, wyczyścił pułapki, zwinął linę. Potem kupił trzy beczki
śledzi na przynętę na następny dzień. Wrzucił je do worków i opuścił do wody. Połów śledzi
był tego dnia udany, miał na jutro dość przynęty do stu pięćdziesięciu pułapek. Kiedy
odebrał dniówkę w wysokości dziesięciu dolarów i szorował ręce pod pompą mydłem
przemysłowym, podszedł do niego Jimmy.
- Chcesz poczekać tu ze mną, żeby je sprzedać? - Wskazał na homary. - Zapłacę ci dwa
dolary dodatkowo. Potem możemy coś razem wypić.
- Nie mogę, Jimmy. Ale dziękuję. Może innym razem. Jimmy spojrzał na Tatianę,
białą i słoneczną, i odwrócił się. A oni ruszyli w górę wzgórza do domu.
Aleksander poszedł do łazienki, żeby wziąć kąpiel, ogolić się i ostrzyc. Tatiana włożyła
homary do lodówki, żeby je znieczulić i nastawiła wodę. Tak łatwo się je przyrządzało.
Dziesięć - piętnaście minut w osolonej wodzie i gotowe. Smakowały rewelacyjnie, kiedy
łamało się szczypce, wyjmowało delikatne mięso i maczało w stopionym maśle. Jednak
czasami myślała, że wolałaby raczej kupić je raz w miesiącu w sklepie za dwa dolary, a nie
dostawać cztery za darmo za trzynaście godzin spędzonych przez Aleksandra na kutrze. To
była wysoka cena. Zanim wyszedł z łazienki, stanęła przy drzwiach i cicho zapukała.
- Potrzebujesz czegoś? W łazience panowała cisza. Zapukała głośniej. Drzwi się
otworzyły. Stanął przed nią wysoki, umyty, ogolony i ubrany. Miał na sobie czysty zielony
sweter i wojskowe spodnie.
Odchrząknęła i spuściła wzrok. Stała bosa, z ustami na wysokości jego piersi.
- Potrzebujesz czegoś? - powtórzyła szeptem. Czuła się tak bezbronna, że z trudem
oddychała.
- Nie - odrzekł, mijając ją. - Jedzmy. Zjedli homary z topionym masłem, marchewką,
cebulą i gotowanymi ziemniakami.
Aleksander zjadł trzy, większość ziemniaków, chleb i masło. Kiedy Tatiana odnalazła
go w Niemczech był straszliwie wychudzony. Teraz jadł za dwóch, ale nadal był chudy.
Nakładała mu jedzenie na talerz, napełniała szklankę. Pił piwo, wodę, colę. Jedli w
milczeniu w niewielkiej kuchni, z której gospodyni pozwalała im korzystać pod warunkiem,
że skończą do siódmej i przygotują kolację także dla niej. Tatiana zostawiła dla niej trochę
gotowanych ziemniaków.
- Aleksandrze, czy... boli cię pierś?
- Nie.
- Wczoraj wieczorem była trochę zaogniona... - Odwróciła wzrok, przypominając
sobie, jak jej dotykała. - Jeszcze się nie zagoiła, a wyciągasz te ciężkie pułapki. Nie chcę, żeby
znów pojawiła się infekcja. Może powinnam ją przemyć?
- Jest w porządku.
- Może zmienić opatrunek? Nie odpowiedział, tylko spojrzał na nią i przez moment w
jego brązowych, a w jej morskich oczach pojawiło się to samo wspomnienie Berlina i pokoju
w amerykańskiej ambasadzie, gdzie spędzili - jak wówczas myśleli - swoją ostatnią noc na
ziemi, kiedy ona zszywała jego rozdarte mięśnie na piersi i płakała, a on siedział jak posąg i
patrzył przez nią - jak teraz. Wtedy powiedział do niej: „Nigdy nie mieliśmy żadnej
przyszłości”.